Łukasz Czeszumski

GORZKA KOKA. WOJNA W KOLUMBII.

 

Ten reportaż jest fragmentem książki Łukasza Czeszumskiego "Biały Szlak".

Aby otrzymać informację o terminie wydania książki oraz nowościach na stronie, wejdź na listę subskrypcyjną (na dole tej strony).

 

Połowa kolumbijskiej produkcji kokainy śmiało mogłaby nosić znaczek „Made in Putumayo”. Ta niewielka prowincja na granicy z Ekwadorem to ziemia bezprawia, gdzie zasady gry ustalają rebelianci, paramilitarne szwadrony śmierci i mafia.

 

 

Niewielu obcokrajowców jeździ do Lago Agrio. Duszne, przemysłowe miasteczko w środku dżungli, pozbawione wszelkich atrakcji.


A jednak spotkałem tam Białego. Zobaczyłem go, gdy szedłem glówną ulicą Lago, spojrzałem, zarejestrowałem jego obecność, i poszedłem dalej. Jakiś zagubiony turysta, pomyślałem.


Siedział na krześle przed jedną z knajp, i popijał piwo co było ciekawe, ponieważ to była godzina 9 rano.


Był ogolony na łyso i ubrany w wojskową koszulkę. Wygladał niemal jak żołnierz, ale jego budowa ciała i sposób poruszania wykluczał możliwość, że jest doradcą zagranicznym czy najemnikiem. Nie był też czujny. Nawet mnie nie zauważył, pogrążony całkowicie w swoich myślach. To był turysta, tylko nietypowo ubrany i ogolony.


Popołudniem wracałem po zrobieniu wywiadów i spotkań do hotelu. Minąłem tą knajpę, i zobaczyłem ze zdziwieniem, że ten facet wciąż tam jest. Na tym samym krześle, z piwem na stoliku, zamyślony i smutny.


W nocy, prawie o 22 wyszedłem z hotelu w poszukiwaniu miejsca, w którym mógłbym zjeść kolację. Facet wciąż tam był. I to nie był ani ochroniarz, ani właściciel, bo jedynym jego zajęciem przy stoliku było rozmyślanie i zachlewanie się.

- FARC zatrzymało autobus jadący z Quito do Coca - mężczyzna z policji opowiadał beznamiętnie, oczy błyszczały mu przy tym z podniecenia – W środku było dwóch turystów. To był najlepszy łup. Zabrali ich ze sobą, i zaprowadzili na drugą stronę granicy, do Kolumbii. W obozie partyzanci przesłuchali delikwentów, po czym zadecydowano – jednego zatrzymają, drugiego wypuszczą, aby spotkał się z rodziną porwanego i wrócił z okupem. Nie wrócisz, to zabijemy ci kumpla. Partyzanci nie słuchali żadnych wyjaśnień, nie interesowali sie, czy porwani sa zamożni, czy nie – podali cenę, wypuścili chłopaka, i czekali na pieniądze. A chłopak jak tylko dotarł do Lago, poszedł na policję i wszystko opowiedział. Umiał nawet w przybliżeniu określić, gdzie jest zlokalizowany partyzancki obóz, w którym byli trzymani. Policja szybko połączyła się z wojskiem stojącym na granicy, i zorganizowano atak. Natychmiast, każda chwila była cenna. Helikoptery ostrzelały rakietami obóz FARC, a potem wkroczyli tam komandosi. Znaleźli martwych partyzantów i niestety, też trupa turysty. Jego kolega został na dłużej w Lago Agrio, widać go często, jak pije patrząc się na ulicę. Sumienie go gryzie, pewnie zastanawia się, czy dobrze postapił. I jak by to bylo, gdyby to jego zatrzymali w obozie, a kolegę wypuścili, co zrobiłby tamten?

Lago Agrio to niewielkie miasteczko „pogranicza”.

20 kilometrów dalej przebiega kolumbijska granica. Przebiega chyba tylko na papierze, wzdlóż rzeki. Putumayo – strefa śmierci.

Same dżungle, władane przez FARC i okazyjnie najeżdżane przez AUC.

Do tej pory postrzegałem wojnę kolumbijską jako szranki różnych zbrojnych ugrupowań, z których każde ma swoje racje, cele, sposoby finansowania etc. Pojmowałem tą wojnę w klasyczny sposób politologiczny. Jako powiązanie zależności historycznych, socjologicznych i ekonomicznych.

Studiowalem sylwetki przywódców każdej z organizacji, liczby posiadanych przez nich bojowników, używanych strategii i taktyk, rozmiaru znanych powiazań ze światem przestępczym, rozmieszczeniu na mapie kraju, stopnia aktywności.

W jednym dniu w Putumayo stwierdziłem, że mój sposób myślenia był błędny. Aby obraz konfliktu był pełny, musisz ujrzeć go oczyma zwykłych ludzi. To właśnie oni stanowią wiekszość ofiar wojen domowych. Bez ich pomocy i poparcia żadna rebelia by się nie mogła utrzymać, bo guerilla potrzebuje cywilnego zaplecza jak ryba wody. Tak trudno znaleźć raporty i profesjonalne analizy, zatrzymujące się nad tą podstawową komórką kolumbijskiej wojny.

To była mała, biedna wioska. Takie właśnie małe, biedne wioski zagubione pośród dżungli południowej Kolumbii podtrzymują wojnę domową. To z takich wiosek pochodzi większość rekrutów do guerilli. To takie wioski są pierwszym ogniwem łańcucha biznesu kokainowego.

Chłopi z tych wsi nie wierzą w politykę ani rewolucję.

Oni powiedzą ci wszystko o tej wojnie. I będzie to miało o wiele więcej sensu, niż wykłady profesora na uniwersytecie. To są obrazy z prawdziwej Kolumbii. Tak wygląda życie w krainie kokainy.


Trumna:

 

Wioska jak każda inna. Kilkanaście skleconych z desek i blachy domów ustawionych wzdłóż piaszczystej szosy. Po drugiej stronie rzeki jest Ekwador. Za mostem stoi zmilitaryzowany punkt kontroli granicznej, kilku sennych żołnierzy.

Przechodzę przez most graniczny. Jest słoneczny, gorący, duszny poranek.

 

 

Na moście granicznym zatrzymuje sieę ekwadorska taksówka kombi. Z przeciwnej strony nadjeżdża na wstecznym biegu, i zatrzymuje się tak, że niemal stykają się zderzakami, kolumbijski samochód. Kierowca taksówki wysiada, i otwiera tylne drzwi na oścież. Potem woła kilku przechodzących wieśniaków do pomocy. Z łomotem wywlekają z wnętrza samochodu ładunek, i stękając z wysiłku, wsadzają go do kolumbijskiego samochodu.

Tym ładunkiem jest trumna z jasnego drewna. Żołnierze ekwadorscy, pilnujący mostu, obserwują scene z ciekawością mimo, że nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Trupy to znaczny procent osób przekraczających granicę na tym moście.

Wyjaśnienie jest proste. Związane z zagadnieniami importu i eksportu, choć nie mającym nic wspólnego z ekonomią ani handlem. Chodzi tu o coś dobrze znanego mieszkańcom krajów sąsiadujacych z Kolumbią. To import przemocy. Kolumbijczycy w czarnych, gumowych butach po których w Lago Agrio, najbliższym ekwadorskim mieście rozpoznaje się partyzantów z FARC albo „paracos”, przechodzą granicę gdy tylko im się podoba, aby całymi nocami bawić się i pić w barach czy burdelach Lago.

Ekwadorczycy narzekają, że życie w prowincji granicznej przestało być bezpieczne, bo Kolumbijczycy przywożą do ich kraju kokainę i jej nieodrodne następstwo – przemoc. Gdy przybysze w czarnych gumowcach wyrównują rachunki zabijając się nawzajem w knajpach i na ulicach Lago Agrio, potem wracają do swojej ojczyzny zamknięci w drewnianych pudłach. Podobno gdyby nie oni, zbankrutowałaby większość zakładów pogrzebowych w Lago.

 


Paraco:

W porze obiadu do wioski przyjechał Paraco. Ubrany na czarno, krótko obcięty, w ciemnych okularach i dosiadający potężnego motocykla. Tak jak czarne gumowce są znakiem rozpoznawczym kolumbijskich partyzantów, tak paramilitarnych poznać można po motocyklu i, oczywiście, butach. Paramilitarni noszą wojskowe i drogie, takie za 300 tysięcy pesos.

Prości ludzie w Putumayo boją się „paracos” i zawsze schodzą im z drogi. Może dlatego, że zawód „paracos” polega na zabijaniu, i gdy niczym anioł śmierci, pojawia się jeździec na motorze we wsi, to wiadomo, że przybywa, aby pozbawiać wieśniaków czegoś – najczęściej pieniędzy, lub życia.

Ale Paraco tym razem nie przyjechał w złych zamiarach, a po to, aby zjeść obiad. Wszedł do jedynej w wiosce restauracji, i zamówił „bandeja paisa”.

„Porcja kosztuje dwa dolary” – powiedziała właścicielka, na co Paraco z uśmiechem na ustach zapłacił dolara. On znał zasady, i kobieta je znała, bo nie powiedziała słowa protestu, i zaserwowała posiłek.

Zasady stanowią, że w Putumayo ten kto ma broń, ten rządzi. Nie warto tracić życia dla jednego dolara.

Paraco czuł się samotny przy swoim talerzu i kazał się przysiąść wieśniakowi siedzącemu przy sąsiednim stole. Przez chwilę gawędzili o zwyklych sprawach: cenach pasty, ruchach wojsk w Putumayo, o tym kto teraz postawił punkt kontrolny na drodze do Puerto Asis: wojsko, czy partyzanci. W końcu rozmowa zeszła na temat trudów codzienniego życia.

- Jestem już zmęczony zabijaniem – westchnął Paraco z ustami pełnymi mięsa, fasoli i smażonej cebuli – chciałbym zdobyć większą forsę za jednym razem i urządzić się do końca życia.

I spojrzał na wieśniaka z tym poczuciem wyższości, który mają ludzie odważni i zuchwali nad maluczkimi, którzy nie są w stanie zrozumieć problemów takich, jak ten.

W Putumayo paramilitarni pojawili się w roku 2000.

Niektórzy ludzie ze wsi Juana cieszyli się z przybycia AUC.

„Nareszcie ktoś się weźmie za tych partyzantów” – mówili.

Po wkroczeniu AUC szybko zrzedły im miny.

Paracos zaczęli od czarnych list. Mieli na nich wypisane nazwiska mieszkańców, będących za pan brat z partyzantami. Tylko że w Putumayo każdy ma coś wspólnego z partyzantami. Wieśniak, co płacił im haracze, czy właściciel jadłodalni, w którym partyzanci zjedli kiedyś kolację, nie płacąc. Wybrani kolaboranci byli jedni po drugim łapani, prowadzeni do dżungli, i zabijani.

 

 

Paracos zarabiali na każdym nowym nazwisku na liście. Szef płacił bowiem każdemu paraco 800 tysięcy pesos miesięcznej pensji (350 dolarów), i za zabicie człowieka zawsze premię – drugie 800 tysięcy. Ludzie z wioski twierdzą teraz, że jeszcze nie widzieli, aby paramilitarni bili się z prawdziwymi partyzantami. Chyba paracos bardziej się opłaca gnębić bezbronnych wieśniaków, niż uzbrojonych, kryjących się w dżungli rebeliantów FARC.

W całej Kolumbii oficjalnie nie ma już paramilitarnych, zostali zdemobilizowani na mocy układu pokojowego z rządem. Paraco jedzący sobie spokojnie obiad w restauracji w wiosce przeszło rok wcześniej podpisał dokument mówiący, że od teraz przestaje być paramilitarny, oddaje swoją broń, i że od teraz pokornie i posłusznie wejdzie do cywilnego życia.

Ale Paraco, jak wielu jego kumpli, nie był głupi, i jedną broń sobie zostawił. Wiedział, że cywilne życie w Putumayo jest do niczego, to życie ubogich wieśniaków gniotących w swoich domach kokainową pastę, biednych i bezbronnych. A on taki nie chciał być.

Każde dziecko wie przecież: kto ma broń, ten rządzi. Kto jej nie ma, ten cierpi.

Więc Paraco dalej jeździ swoim motorem po wsiach, i dalej zabija – teraz już na własny rachunek. Dla ludzi w wioskach to i tak żadna różnica, i nikt go nie pyta, czy podpisał jakiś dokument z rządem, czy nie.

 


Dziecko, co widziało mordowanego:

 

Juan Patero nie lubi Paracos. Nie lubi ich za wiele rzeczy, a najbardziej za to, że przez nich jego córka zwariowała.

Córka miała 14 lat. Na kolumbijskiej wsi dzieci często muszą pracować, i córka Juana pracowała sprzedając przejeżdżającym przez most kierowcom zimne napoje. Most to nie miejsce dla dziecka, ale zgodziłem się, wzdycha Juan. Most to najbardziej niebezpieczne miejsce w całej wsi, i to nie dlatego, że tędy przybywają trumny z zabitymi w Ekwadorze, a dlatego że we wsi nie ma głównego placu, i z braku placu to na moście zawsze odbywają się wszystkie rozprawy. Na przykład między Paracos i taksówkarzami.

Paramilitarni chcieli ściągać haracze z każdego taksówkarza, co wjeżdza na most. Jeden kierowca nie chciał płacić, i zbir dogonił jego samochód, wepchnął się przez okno do środka, chcąc wyrwać kluczyki. Taksówkarz się zdenerwował, wyjął nóż (W Kolumbii większość taksówkarzy zbroi się w pistolety lub noże z obawy przed napadami) i wbił go napastnikowi w plecy. Zajście widziała córka Juana, i opowiedziała o tym ojcu, ale ten machnął ręką, bo taka bijatyka to przecież zwyczajne na moście zdarzenie.

Tydzień później na moście zabili człowieka. Pół wsi na to patrzało. To znowu byli Paracos, a ich ofiara był delikwent z najnowszej czarnej listy. Prowadzili go związanego, bladego, spokojnego, na most, tu się zatrzymali, i jeden Paraco strzelił mu z pistoletu kilka razy w pierś i raz w skroń. I ten człowiek, wyjąc okropnie, wyrwał się, i cały tryskając krwią, przebiegł jeszcze kilka metrów, nim padł martwy, tuż obok miejsca w którym córka Juana sprzedawała napoje. Córka wróciła do domu biegiem, położyła się na łóżku w pokoju, i już się nie podniosła. Całymi dniami leżała płacząc, i krzycząc:

 

„Tato, zabiją nas, oni nas wszystkich zabiją.” Lekarz z pobliskiej wioski zapisał jej tabletki, po których tylko spała, a gdy budziła się, to nie rozumiała, co się do niej mówi. W końcu Juan miał tego dość, i zawiózł dziecko do Pasto, do szpitala psychiatrycznego. Lekarze obiecali, że u nich wydobrzeje.

Juan nie lubi też Paracos, bo każdy musi płacić im haracze.

- Gdy kupisz butlę gazu do kuchni, trzeba im zapłacić tysiąc pesos „podatku”. Jeśli zapomnisz, to bez obaw, oni sami zjawią się u ciebie. „Widzieli cię ludzie jak targasz butlę gazu” – powiedzą – „nie zapłaciłeś, teraz więc dawaj butlę”. I zabierają, a biedny człowiek już wie, jaka jest kolej rzeczy, gdy kupi sobie gaz. I za następnym razem nie zapomni.

Niedobrze jest narazić się Paracos. Przypatrzą się dobrze, zapamietają. Już jesteś naznaczony. Masz minusa, kreskę, skazę. To blisko do trafienia na czarną listę, gdy Paracos nie znajdą lepszego nazwiska, żeby na niej napisać. Gdy Paracos krzywo na ciebie spojrzą, to już czujesz się innym człowiekiem. Jesteś jak ktoś, na kogo wydano już wyrok, ale zawieszono jego wykonanie.

Zostało ci tylko czekanie. Jesteś taki jakby... na wpół martwy. Jeszcze żyjesz, chodzisz, mówisz. Ale na odgłos motoru na drodze, na niezapowiedziane pukanie do drzwi, na szuranie kroków nieznajomych za plecami podskakujesz ze strachu – Może to oni? Może to już?

Paracos niczego się nie boją, ani policji, ani wojska. Juan nie raz widział jak Paraco wsiada na motor, daje dolara żołnierzowi na moście i jedzie, bez żadnej kontroli, z bronią, do Ekwadoru. Takiemu Paraco to wszystko wolno.

 


Paraco odjeżdza

(nie zabiwszy nikogo tym razem)

 

- Dobra, trzymaj się – powiedział Paraco do wieśniaka gdy zjadł i obtarł usta serwetką. Wsiadł na swój motor, i podjechał do „stacji paliw”.

„Stacja” to jedyne miejsce w wiosce, w którym można kupić benzynę. Cała infrastruktura to szopa, wielka beczka paliwa, i gumowa rurka. Właściciel obsłużył Paraco bez zwłoki. Wsadził koniec rurki do beczki, drugi koniec zassał ustami, i wetknął do baku motocykla.

- Starczy – zniecierpliwił się Paraco po jakiejś minucie, gwałtownym ruchem wyrwał rurkę z baku, rozbryzgując benzynę po piachu, i ruszył na pełnym gazie, o mało co nie rozjeżdżając kilku przechodniów. Zniknął ze wsi tak samo szybko i niespodziewanie, jak się pojawił.

 


Koka to podstawa:

 

W wiosce, licząc od strony mostu, w pierwszej chacie jest bar.

W drugiej mieści się restauracja.

W trzeciej chacie i wszystkich pozostałych są fabryki bazy kokainowej.

A przynajmniej składy liści koki.

- W Putumayo wszyscy żyją z koki, wszyscy produkują kokainę i wszyscy siedzą cicho – śmieje się Juan - Sam mam dwa hektary i nie zamieniłbym tego na 20 hektarów niczego innego. Dlaczego? Powód jest oczywisty. Zarobku jaki masz z koki, nie da się porównać z niczym innym. Tego się po prostu nie da porównać! Moje hektary plantacji dają mi co 2 lub 3 miesiące surowiec, z którego robię kilka kilogramów „base” (pasta, baza, półprodukt kokainy). Czyli co dwa miesiące powstaje kilogram, który niosę w torbie do partyzantów albo innego kupca, i dostaję za niego 1.6 - 2 miliony pesos (750 – 1000 dolarów).

Z czym można porównać takie pieniądze? Ile bananów musiałbym sprzedać, aby zarobić 2 miliony pesos? 10 ton bananów? Trzebaby mieć ciężarówkę, żeby zawieźć to do miasta. Po drodze do miasta zatrzymają mnie partyzanci i każą zapłacić, bo niby jestem „oligarcha” skoro mam ciężarówkę i tyle bananów. I jeszcze sprzedać 10 ton zanim zgniją? To nie ma żadnego sensu. Porównać to z jednym marnym kilogramem „bazy”, który schowam i przeniosę w torbie? Oczywiście, mogą przylecieć samoloty i zrobić fumigację. Wtedy przez pół roku na mojej plantacji nic nie wyrośnie. Ale ryzyko jest wliczone, bo i tak sie opłaca.

Juan zna się na tym biznesie. Kiedyś był jednym z największych producentów kokainy w tej wsi, mówi z dumą. Na dodatek nikt o tym nie wiedział, nawet najbliżsi sąsiedzi.

- Chodź, pokażę ci moją fabrykę.

W jednym z pokojów chałupy piętrzy się góra rupieci. Stare garnki, miski, ubrania, szmaty.

- Jak wioskę zajmuje wojsko, przeszukują wszystkie domy. Byli w tym pokoju ze sto razy. I co? I pomyśleli to, co każdy myśli, że nic tu nie ma ciekawego.

Juan grzebie i po chwili kompletuje przyrządy – miskę, kanister benzyny, butelki z chemikaliami, precyzyjną wagę, i szmatę ze śladami białego proszku. To miniaturowa, jednoosobowa fabryka kokainy. Sprawny pracownik, korzystając z recepty którą zna na pamięć całe Putumayo, może w tej misce zrobić kilogram „bazy” w kilka dni.

 

 

- Dyskrecja i nerwy na wodzy, to najważniejsze – tłumaczy Juan – ostatnio wpadli żołnierze z FUDRA, sił specjalnych. Zajęli wioskę na 3 dni. Weszli do domu, zobaczyli że jestem biedny chłop, i do widzenia. 3 dni siedzieli w wiosce, i pojechali szukać partyzantów i kokainy gdzie indziej. I ledwie zniknęli, to do wsi wróciła i kokaina, i partyzanci. Tak to jest w Putumayo.

- Gdy robisz w kokainie, pieniędzy masz tyle, że nie wiesz, co z nimi robić. Wydajesz na lewo i prawo, i nagle – jakaś magia – nie masz już nic i zastanawiasz się, gdzie się to wszystko podziało.

Juan to prosty chłop, nie umiałby żyć w mieście. Ale syna wysłał na uniwersytet w Bogocie. Z kokainowych pieniędzy opłaca mu studia, książki i utrzymanie, i jest dumny, że może mu to zapewnić.

Juan przez lata sprzedawał swoją kokainę do Ekwadoru. Miał kontakt z pułkownikiem policji, który przysyłał po towar swojego sierżanta, i wszystko jechało do Quito samochodami policyjnymi. Juan sprzedawał dużo i zarabiał mnóstwo, miał w domu szufladę po brzegi pełną gotówki. Dolary i kolumbijskie pesos. Czy nie bał się złodziei?

- Tu w nocy nikt nie zamyka drzwi. – Juan podnosi z ziemi „obrzyna”, strzelbę z obciętą lufą i kolbą. – Możesz zostawić walizkę pieniędzy na stole i nikt jej nie weźmie. Tu wszyscy mają broń, a za kradzież jest kula.

Juan wydawał pieniądze z szuflady szeroką ręką. Ulubił sobie motocykle, kupował i tracił je jeden po drugim. Pierwszy ukradli mu w Lago Agrio, gdy pijany wychodził w nocy z knajpy. Drugi stracił spotykając na szosie partyzantów.

- Skąd stać cię wieśniaku na taki motor? – zapytali, i dali mu wybór. – bierzemy motor, albo ciebie.

Oczywiście, oddał motor. Kupił sobie trzeci, ale potem sam go sprzedał, żeby opłacić leczenie córki. W końcu czasy pełnej szuflady się skończyły. Ekwadorskiemu pułkownikowi zmieniono miejsce stacjonowania, zerwały się kontakty.

 

 

- Na koce można zarobić miliony – rozmarza się. – ale im większe pieniądze, tym więcej ryzyka. Partyzanci płacą za bazę marne półtora miliona za kilo. Chcesz zarobić więcej, musisz zaryzykować. Pamiętam jednego mafiosa z Cali, co tu przyjeżdzał co kilka miesięcy wielkim samochodem.

Zawsze w dzień, żeby FARC po drodze nie spotkać. Kupował od ręki po 4 czy 5 kilogramów, płacił zawsze gotówką. Taki to ma w mieście wille, samochody i pełne konto. Ale jeśli taki człowiek spotka partyzantów na swojej drodze... – i Juan wyjaśnia, przeciągając palcem po szyi.

 


Szczury dżungli:

 

Rebeliantów z FARC nie widać w biały dzień, ale to oni rządzą wsią Putumayo. Ulubili sobie szczególnie rejony przy granicy, bo gdy wojsko ich ściga, wystarczy przepłynąć rzekę, by być bezpiecznym.


Niby ich nie widać, ich władza nad wioską jest jednak prawie absolutna. Ich oddziały zdają się być „wszędzie i nigdzie”. FARC ściąga haracze z przedsiebiorców, daje instrukcje władzom lokalnym, i dzięki siatce informatorów zawsze wie, co się dzieje. Armia może wkroczyć do środka, lecz nie zauważy żadnego partyzanta. FARC nie atakuje wprost. Nie widzisz ich, ale oni widzą ciebie. I nie dostrzeżesz ich, nim nie przycisną ci lufy kałasznikowa do karku. Juan twierdzi, że wystarczy wyjść ze wsi w kierunku plantacji koki, aby natknąć się na nich. Wystarczy pojechać w nocy szosą do drugiej wsi, aby wpaść w ich punkt kontrolny.

W Puerto Asis, największym mieście Putumayo, wojsko pilnuje każdej ulicy. Tam FARC nie wchodzi, za dużo mundurowych i paracos. Ale wystarczy, że guerilla przetnie kable elektryczne, zaminuje drogi, otoczy miasto. Jak w roku 2005. Na dwa długie tygodnie Puerto Asis zostało w ciemnościach, z milczącymi telefonami, wojskiem bezradnie siedzącym w koszarach, żywność i benzynę musiano sprowadzać drogą powietrzną z Bogoty.

FARC ma w samym Putumayo 3 tysiące partyzantów. Mają mundury, japonskie radiostacje, są świetnie wyszkoleni i zdyscyplinowani, a sami żołnierze twierdzą, że FARC ma lepszą broń, niż oni. Od lat 90. FARC zarabia na kokainie 180 milionów dolarów rocznie. Oficjalnie FARC przyznaje, że pobiera od wieśniaków tylko podatek od upraw koki.

- Ba, przecież oni sami skupują towar! – śmieje się Juan – tyle, że kiepsko za niego płacą. Ale spróbuj sprzedać komuś innemu za większą stawkę. Jak odkryją co zrobiłeś, zaraz się pojawią i wywiozą cię do dżungli. A tam kula albo poderżnięcie gardła. Gadają kłamstwa o wyzwalaniu chłopstwa, ale tak naprawdę ci ludzie są gorsi niż szczury. Oni ci wszystko wybaczą, ale spraw o pieniądze, nigdy.

Juan mówi przyciszonym głosem. Do jego wioski bowiem FARC przybywa codziennie, równo ze zmierzchem. Partyzanci w gumowych butach, czarnych beretach „Che” Guevary i z kałasznikowami zarzuconymi na ramię rozchodzą się po chałupach. Jedni odwiedzają rodziny, inni piją w barze. Ściągają z mieszkańców podatki, zbierają meldunki od informatorów.

Ciekawa rzecz: Gdy FARC jest we wsi, jakąś tajemną mocą znikają z niej wszyscy Paracos. Gdy FARC kończą wizytę, wsiadają na swoją łódź i odpływają do dżungli, zjawiają się paramilitarni.

- Bezpieczny nie jesteś nigdy – przyznaje Juan – jak sprzedajesz kokę Paracos to dorwą cię partyzanci. Jak sprzedajesz FARC, dorwą cię Paracos. A jak nie sprzedajesz w ogóle, to nie dość, że żyjesz w biedzie, to wszyscy myślą, że jesteś „sapo”, co żyje ze szpiegowania. A za „sapo” to każdy, nawet armia cię może zabić.

 


Sapo, co żyje krótko lecz z pieniedzmi:

 

Narzędzie tej wojny to „sapo” („żaba”). Tak się w Kolumbii nazywa donosiciela.


Etatowym sapo może być każdy, ale najlepiej nadaje się młody chłopak, który lubi się zabawić. Taki, co spędza czas w dyskotekach, pije dużo, na drugi dzień śpi do późna, nie garnie się do ciężkiej pracy, i chciałby mieć lekkie życie. Przychodzą do takiego wysłannicy FARC albo „paracos” i mówią: „Masz tylko patrzeć, i mówić co dzieje się we wsi. Kto gada z wojskiem, kto ma syna w przeciwnej grupie, za każdą informację dobrze zapłacimy”.

Chłopak godzi się, i zaczyna szpiegowanie. Pieniądze przychodzą bez trudu i obficie. Starcza na dyskotekę, alkohol i dziewczyny. Mało tego, posiada w swoich rękach (a raczej ustach) władzę. Kogo chce, może posądzić o dowolne winy, a jego koledzy z dżungli już się delikwentem zajmą. Może decydować o życiu i śmierci całej wsi, i jeszcze na tym nielicho zarabiać.

 

 

Sapo cieszy się, i nawet nie przeczuwa, że jego czas jest policzony. Prędzej czy później przeciwna strona go zdemaskuje. Wtedy nie ma ratunku. Sapo to najbardziej znienawidzony wróg. Ginie on, a często i cała jego rodzina. I nie ma co go żałowac. To przez sapos wojna kolumbijska jest tak okrutna i zabiera życie tylu cywilów.

 


Nikomu nic nie mów:

 

Nie ma w tej wojnie nic prostego i jednoznacznego. Nie ma dobrych ani złych. Tu wszyscy potrafią być bardzo dobrzy, albo bardzo źli. Wojsko jednego dnia walczy z bandami gnębiącymi mieszkańców, drugiego dnia gwałci, morduje i pali domy. Partyzanci jednego dnia pozdrawiają i częstują papierosami, drugiego grożą śmiercią i podżynają gardła. Paramilitarni zabijają partyzantów i mienią się ostatnimi sprawiedliwymi, po cichu wymuszają haracze i masakrują niepokornych.

Można też należeć do którejś z tych grup, i zginąć z rąk własnych kamratów. Życie jest niepewne i bardzo niebezpieczne. Im ciszej siedzisz, tym jesteś bezpieczniejszy. Tą zasadę znają w Putumayo wszyscy. Każdy ma coś do ukrycia i każdy niesie winę, i za tą winę któraś z grup zbrojnych może go ukarać śmiercią.

Masz tą winę, choćbyś nic nie zrobił – wręcz wtedy, gdy nic nie zrobiłeś, jesteś najbardziej podejrzany. Wioska jest zamkniętym systemem trzymanych w sekrecie prawd, i powszechnych zbrodni, za które nikt nigdy nie odpowie. Jeśli widziałeś coś, to o tym zapomnij i siedź cicho. Choćby zabito ci syna albo matkę. To, że byli niewinni, nie ma żadnego znaczenia.

Tu człowiek nie ma wyjścia. Chcąc czy nie chcąc siedzi w tej rzeczywistości, i nie ma dokąd iść. To dlatego zmieniłem imię i nazwisko Juana Patero, i dlatego nie podałem nazwy jego wsi. Rozmowa z dziennikarzem jest w wielu rejonach Kolumbii powodem do wykonania wyroku śmierci.

- Ja tam ze wszystkimi jestem w zgodzie – powiedział mi Juan sekret, dzięki któremu wciąż jeszcze żyje, od ponad 40 lat w Putumayo. – przyjeżdżają Paracos, to piję z nimi. Potem piję z partyzantami, a jak przyjeżdża wojsko, to z żołnierzami. Gadam z wszystkimi o duperelach, byle nie o polityce.

A jak mnie pytają, czy są tu Paracos, mówię prawdę, że są. Jak pytają, czy są tu ludzie FARC, odpowiadam prawdę: są. Jak pytają, czy są produkujący kokainę, to znowu mówię, że są. Bo to wszystko prawda, w kłamstwo nikt nie uwierzy. Ale jak mówią: to pokaż nam ich, gdzie są? Odpowiadam tak, jak trzeba. „Nie wiem, proszę pana. Pojęcia nie mam”.

 


Łukasz Czeszumski, Lago Agrio listopad 2006


CZYTAJ TEŻ:

WOJNY NARKOTYKOWE W KOLUMBII - KSIĄŻKA

PŁATNI ZABÓJCY Z MEDELLIN

POLUJĄC NA TRAFIKANTÓW

 

 

 

 

CZESZUMSKI.COM - Lukasz Czeszumski Portfolio Reportera. Wszelkie prawa zastrzeżone.