Łukasz Czeszumski
SYNOWIE LEGIONU


Legia Cudzoziemska bez sekretów.

Reportaż był opublikowany przez magazyn Komandos (numery 3 i 4 w roku 2003).

Dochodzi czwarta nad ranem. Za oknem atramentowa czerń. Pora najgłębszego snu. Za jakieś dwie godziny zacznie świtać. Kopnięte wojskowym buciorem drzwi dwudziestoosobowej sypialni z łomotem uderzają o ścianę. Potężnie zbudowany, łysy caporal-chef, z pochodzenia Bułgar wpada do sali:

- Wstawać! Wszyscy wstawać, ruszać się! Allez allez!!! Za dziesięć minut wszyscy na zewnątrz!

Nakrzyczał, i już go nie ma, pobiegł do następnej sali. Pobudka.
Z piętrowych, metalowych łóżek zwlekają się na wpół przytomni, rozespani młodzi mężczyźni. Klnąc na czym świat stoi wciągają szorty i czarne podkoszulki z logiem francuskich wojsk lądowych. Budzą tych nielicznych kolegów, których nie wybiły ze snu krzyki kaprala, potem pospiesznie ustawiają się w kolejce do łazienki. Ci, którzy nie zrobili tego przed zaśnięciem, gorączkowo porządkują zawartość szafek.

Potem, po zakończeniu pospiesznej rannej toalety wybiegają na korytarz, i schodami w dół - przed budynek. Wszystko idzie sprawnie, choć w takt przekleństw w kilkunastu językach świata.

Jedyną rzeczą, ktora otrzeźwia o takiej porze jest adrenalina, której wydzielanie powoduje postać zbliżającego się, miotającego okrzykami kaprala-szefa. Lepiej nie wpaść mu w oko. Wszyscy boją się tak naprawde tylko jednego: Że jeszcze adnotacja pójdzie do papierów i witaj cywilne życie. A tu nikt, poza nielicznymi wyjątkami, nie chce wracać do cywila.
10 po czwartej wszyscy ochotnicy sa już na zewnątrz. Cienkie koszulki nie dają ochrony przed przenikliwym chłodem. W całkowitych ciemnościach ochotnicy zbijają sie w narodowe grupki. Niektórzy zaczynają ćwiczenia fizyczne, próbując się w ten sposób rozgrzać.

Niektórzy desperaci są tak zmęczeni, że próbują spać na ziemi. Zwinięci w kłębek, dygocząc, i szczękając zębami.

Większość kryje się przed wiatrem w załomach murów koszar, kucają lub stoją, palą papierosy na spółkę, tupią nerwowo w ziemię.

Tak spędzą nastepną godzinę. Właśnie godzina dzieli ich od śniadania. Tak jest każdego dnia. Około 200 młodych ludzi dygoce z zimna, szczęka zębami i spogląda na zegarki. Nieliczni rozmawiają półgłosem, lecz większość nie ma nastroju. Nie ma też ciekawych tematów. Jedyną rządzą jest chęć odpoczynku.

To najbardziej znienawidzona przez nich pora dnia. Pierwsza godzina każdego dnia w ośrodku selekcyjnym to godzina, w której nie muszą robić nic. Teoretycznie - nic. Bo praktycznie, własnie wtedy nachodzą ich myśli. Zżerają ich wątpliwości.

"Czy tego oczekiwałem? Wszyscy mówią, że tu, podczas selekcji, jest lekko, że prawdziwa szkoła zacznie się dopiero w Castel. A jak będzie dalej? Przez następne 5 lat? I co potem? Czy każdego dnia będę budził się zmęczony, niewyspany,i z bólem głowy tylko po to, aby wykonywać idiotyczne rozkazy? Chciałem przygody, walki, egzotycznych krajów. Gdzie to wszystko? Jeszcze mogę sie wycofać, jeszcze mogę wrócić do cywila. Potem będzie już za późno."

Między czwartą a piątą rano wśród angages volontaires (zaangażowanych ochotników) nie ma mocnych. Każdy szuka odpowiedzi na pytanie: Co mnie tu przywiodło? Dlaczego do cholery wstąpiłem do Legii Cudzoziemskiej?

 

 

OJCZYZNA Z WYBORU:


Z brudnych, zaśmieconych ulic Marsylii wjeżdżam na autostradę biegnącą równolegle do wybrzeża Morza Środziemnego. Kilkanaście kilometrów za Marsylią skręcam w zjazd, prowadzący do małego, prowincjonalnego miasteczka Aubagne.
Niepozorny drogowskaz z napisem "Legion Etrangere" nakazuje mi jednak ruszyć w kierunku pofalowanych wzgórz zarośniętych kolczastymi krzewami.

Po niespełna minucie jestem na miejscu. Kilkunastometrowej szerokości żelazna brama rozsuwa się w bok, a pilnujący uzbrojony strażnik daje mi sygnał do przejazdu. Jestem w Quartier Vienot, kwaterze głównej Legii Cudzoziemskiej.


Kompleks zabudowań koszarowych, magazynów, biur, parkingów i strażnic ciągnie się na olbrzymim obszarze. Punktem centralnym jest plac defilad wielkości boiska piłkarskiego. Na środku wznosi sie posąg z brązu, przedstawiający kulę ziemską, otoczoną przez czterech legionistów w mundurach i z bronią z różnych epok ponad 170-letniej historii tej armii.

Jedną z granic placu wytycza mur muzeum Legii. Na murze wypolerowane litery z brązu tworzą napis - fundamentalne hasło formacji - "Legio Patria Nostra". Legia naszą ojczyzną. Czy ono jest kluczem do zrozumienia psychologii legionisty?

Legia Cudzoziemska - klip:

 

 

 


REKRUTACJA:


We Francji jest kilkanaście punktów werbunkowych Legii. Każdego roku do punktów tych trafia ok. 10 tysięcy młodych ludzi.
Z czasem istnienia Legii zmieniały się mundury, broń i liczebność armii. Niezmienne pozostawalo jedno: powód wstąpienia. Zawsze byla nim chęć całkowitej odmiany swojego życia. To, co dla jednych jest odebraniem wolności, wystawieniem się na niebezpieczeństwa i niepotrzebne ryzyko, to dla innych jest obietnicą lepszej i ciekawszej egzystencji. Życia według twardych, lecz jasnych zasad, i prawdopodobnie też wciąż nowych przygód. Jest szansą na zobaczenie świata, ucieczkę od szarej codzienności, od biedy i braku perspektyw w rodzinnym kraju.

Czy te marzenia mają szansę się spełnić w Legion Etrangere? Z tym bywa już różnie. Każdy ochotnik inaczej sobie Legię wyobraża, i każdy inaczej potem odbiera zastaną rzeczywistość. Jedni wychodzą rozczarowani, dla innych staje się domem na całe życie. Ale każdy z weteranów niesie w sobie dumę z lat spędzonych w doborowej formacji.

W dzisiejszych czasach Legia Cudzoziemska jest jedną z wciąż funkcjonujacych legend, wabiących stereotypowym wyobrażeniem ostoi romantyzmu i bohaterstwa.

Większość Polaków (jak i pozostałych mieszkańców Europy Wschodniej) swoją przygodę rozpoczyna w punkcie werbunkowym w Strasburgu. Pierwszy legionista z którym rozmawiałem, Paweł B., przyjechał tam wczesną wiosną. Leżący nad Renem, na odludnym przedmieściu punkt werbunkowy ma wspólną siedzibę z koszarami regularnej armii francuskiej.

Paweł podszedł do drzwi, i nacisnął przycisk dzwonka. Otworzył mu potężny Jugosłowianin w białym kepi. Przejrzał paszport, zadał po rosyjsku kilka pytań, i zaprosił do środka.

Wstępna selekcja jest łagodna. Wystarczy wyglądać na zdrowego, trzeźwego, i w wieku poniżej 35 lat. Wbrew obiegowej opinii, przy zaciagu trzeba posiadać dokumenty. Legia od dawna nie przyjmuje już ludzi znikąd.
Paweł został zaprowadzony do osobnego pokoju, i podoficer dał mu do obejrzenia film. Godzinna kaseta wideo, pokazująca życie legionistów i warunki kontraktu. Jeśli chętny nie rozmyśli się po obejrzeniu filmu, odbiera mu się paszport i cywilne rzeczy, daje w zamian wojskowe dresy, i miejsce w ośrodku. Tu, na zamiataniu, zmywaniu garów, i wstępnych badaniach lekarskich mija kilka dni. Codziennie do ośrodka przybywają nowi ochotnicy.

Przed upływem tygodnia wszyscy transportowani są pod eskortą podoficerów na południe Francji, do ośrodka selekcyjnego w Aubagne. Tam zaczyna się ostra gra. Jeden na każdych dziesięciu kandydatów w wyniku selekcji otrzyma szansę zostania legionistą. Pozostali po wypłaceniu skromnego żołdu bedą mogli wrócić do domu bez szansy powrotu.

 

SELEKCJA:

 

Ośrodek selekcyjny. Środek dnia. Słońce pali nieznośnie. Aż trudno uwierzyć, że w nocy byl taki ziąb.

Za budynkiem ośrodka jest piaszczysty plac okolony kępami gęstych krzaków. Krzaki maskują wysoki płot, odgradzający angages volontaires od świata cywilów.

Plotka niesie, że kilka miesięcy wcześniej jakiś ochotnik Francuz zatęsknił za domem, sforsował płot, i wrócił piechotą do domu w Marsylii. Wszyscy śmieją się z głupoty Francuza, ponieważ w Aubagne nikt nikogo nie trzyma na siłę. Każdego wieczora podczas zbiórki mogą zgłosić się ci, którzy postanowili zrezygnować z dalszego ubiegania się o tytuł legionisty. Czasem podoficer pomaga niezdecydowanym w wyborze zamęczając ich pompkami.

Niezadowolonych jest mało, zwykle ujawniają sie w ciągu kilku pierwszych dni. Reszta - zrobi wszystko, by pozwolono im zostać. Dla niektórych Legia to ostatnia szansa na sukces w życiu.
Ciszę południowej pory ostro przerywa wycie syreny. Syrena oznacza sygnał do natychmiastowej zbiórki. Syrena wyje przez 30 sekund, po czym milknie. Zanim sie odezwała, plac zbiórki był pusty. Teraz, po 30 sekundach - w pięcioszeregu stoi na baczność kilkuset angages volontaires. Wszystkie oczy wpatrzone są w drzwi koszar.

Z budynku wolnym krokiem wychodzi kapral. Mundur polowy, zielony beret, pewna siebie mina. Na opalonych przedramionach widoczne spod mankietów podwiniętych rękawów tatuaże.

- Repoz! - daje komendę na spocznij. Odpowiada mu nierówny trzask składanych na plecach rąk i tupot zmienianej pozycji nóg. Kapral nie martwi się tym, że ochotnicy nie nabrali jeszcze drylu. W Castel ich nauczą. Wszystkiego ich tam nauczą.

Kapral wyciąga świeżo wydrukowaną listę. Lista odwzorowuje postępy każdego ochotnika w selekcji. Lista mówi, kto właśnie dziś ma odpaść, kto idzie na jakie badania dodatkowe, kto do jakich prac, a kto - to spotyka tylko kilkunastu szczęśliwców na tydzień - został już zakwalifikowany.
W zależności od humoru i usposobienia kaprala, przed lub po czytaniu listy mogą zostać zaordynowane dodatkowe "atrakcje" - najczęściej pompki lub musztra.

Kapral wyczytuje nazwiska. Często musi je powtarzać, jeśli nikt się nie zgłasza. Powodem jest to, że ochotnicy zaciągając się zmieniają swoje nazwiska, a potem co niektórzy... Zapominają o tym.
Selekcja to kilkutygodniowa, precyzyjnie określona seria testów, weryfikacji i sprawdzianów. Podczas nich rośnie teczka danych z osiągami każdego kandydata. Ci, którzy przejdą przez wszystkie progi, nie zrezygnują w międzyczasie i ostatecznie otrzymają akceptację oficera dowodzącego ośrodkiem, wchodzą na tzw. "rouge". Marzy o tym każdy ochotnik. Udaje się to osiagnąć - statystycznie jednemu na dziesięciu.
Co decyduje o tym, że ktoś nadaje się na Legionistę?

W ciągu pierwszych dni odbywają sie testy na inteligencję i model osobowościowy. Testy ochotnicy wykonują na papierze, w języku ojczystym. Odpadają po nich niezrównoważeni psychicznie i idioci.

Badania lekarskie - początkowo ogólne, z czasem aż do bardzo szczegółowych. Ochotnik musi być zdrowy, musi też wykazać, że w cywilu uprawiał sporty.

Dodatni wynik testu na narkotyki, wszelkie blizny świadczace o samookaleczeniach, lub poważnych przebytych operacjach i wypadkach, duża ilość tatuaży, czy jakiekolwiek niedyspozycje fizyczne dyskwalifikują badanego.

Tak samo za nieodpowiednie zachowanie. Pyskowanie przełożonym, uchylanie się od pracy, rasistowska odzywka czy udział w bójce kończy się natychmiastowym wyrzuceniem.

Bieg średniodystansowy jest świetnym miernikiem kondycji człowieka. Aby przejść sprawdzian biegowy, należy przebiec dystans 2800 metrów w ciągu 12 minut. Bieg udaje sie zaliczyć mniej więcej połowie podchodzących. Kto na nim odpadnie, zostaje wyrzucony, lecz może wrócić po trzech miesiącach i poprawieniu kondycji.

Ostatni - jednocześnie najtrudniejszy próg to "gestapo". Kilkukrotne przesłuchania przez oficerów wywiadu wojskowego, podczas których wyławia się motywację do służby, oraz najskrytsze tajemnice z przeszłości kandydata. Legia to nie klub dla ministrantów - trafiają się różni ludzie. Nieodpowiadający standartom Legii są usuwani jeszcze tego samego dnia.
Czas pomiędzy badaniami i testami nie jest bynajmniej przeznaczony na relaks. Angages volontaires wykorzystywani są do pracy przy koszarowych kuchniach, zamiataniu, sprzątaniu magazynów. Praca jest ciężka i wielogodzinna. Bardziej zaawansowani "w nagrodę" wysyłani są do pracy w połcywilnych ośrodkach Legii w Marsylii, La Ciotat, czy w domu weterana w Paloubier. Całodzienna charówka przy zmywaniu naczyń lub przekopywaniu dziedzińca to dla wielu zapora nie do przebycia. Rzeczywistość filmów akcji i przygodowych książek odarta zostaje z romantyzmu. Zamiast karabinu na "dzień dobry" dostaje się miotłę i szmatę. Tak wygląda pierwszy odsiew.

 


KONTRAKT:

 

Kilkanaście arkuszy kredowego papieru, wsadzonych do teczki. Na okładce teczki narodowość ochotnika, jego nowe imię i nazwisko.
Kontrakt, który podpisuje każdy kandydat na legionistę już w kilka dni od wstąpienia.

Na arkuszach spisane są podstawowe zasady umowy pomiędzy Legią Cudzoziemską, a osobą, która chce w niej służyć. Najważniejsze paragrafy są przetłumaczone na język ojczysty kandydata.

Do złożenia kilkanaście podpisów. Jedne prawdziwym imieniem i nazwiskiem, inne - wymyślonymi personaliami pod którymi służy się jako najemnik.

Rzecz jednak najważniejsza - kontrakt pozostaje bezwartościowym zbiorem makulatury do czasu, gdy nie podpisze go generał dowodzący Legią. Generalski podpis dostają ci, którzy przejdą przez całą selekcję.
Pierwszy kontrakt wiąże ochotnika z Legią na okres 5 lat. Na ten czas każdy zobowiązuje sie służyc Francji z "wiernością i honorem".
Zmiana tożsamości jest obowiązkowa na najbliższe lata służby. Po trzech latach można wrócić do swojego pierwotnego nazwiska.
Zasady kontraktu są twarde. Legionista nie może mieć żony, ani dzieci. Przez pierwsze 5 lat służby nie może mieć żadnej własności (oprócz osobistej) - nie może kupić sobie samochodu ani mieszkania.

Po 5 latach służby może otrzymać stały pobyt we Francji, a po 15 - wojskową emeryturę. Procent jednak cudzoziemców, którzy dosłużyli się emerytury w Legii jest znikomy. Tak długo mało kto jest w stanie wytrzymać.


POLACY IDĄ DO LEGII:

 

Szósta wieczorem, pora posiłku. Przestronna wojskowa jadalnia, stuosobowa na oko kolejka do lady, przy której kucharz wydaje tace z obiadem. Ochotnicy w czarnych koszulkach czekają cierpliwie, Legioniści w mundurach polowych mogą wchodzić poza kolejnością. Ci, którzy dostali już swoje porcje, siadają przy stołach, i zabierają się za jedzenie.
Jadalnia to przyjemne miejsce. Na ścianach zdjęcia z egzotycznych krajów. Palmy, czarnoskóre kobiety i trenujący, uzbrojeni po zęby żołnierze to dominująca tematyka zdjęć.

W tle dudni francuska muzyka pop. Przy stolikach rozmowy. Chwila relaksu, lecz nie za długa. Gdy podoficer dowodzący sekcją zje swój posiłek, daje sygnał do wyjścia i zbiórki przed budynkiem. Wtedy wszyscy (oprócz tych, co dopiero przyjechali i jeszcze nie połapali sie w realiach) pospiesznie wychodzą. Maruderów czeka łapanka do pracy przy zmywaniu naczyń, a tego nikt nie lubi. W końcu nie z tym się kojarzy służba legionisty.
Łatwo znajduję stół Polaków. Już z daleka słychać często powtarzające się w rozmowach słowo "kurwa''.
S., ciemnowłosy warszawiak, jest w Aubagne najdłużej z ośmiu Polaków - 3 tygodnie. Do selekcji podchodzi drugi raz. Próbowal już rok wcześniej - przeszedł wszystkie etapy, lecz został odrzucony z braku miejsc, i wrócił do Polski z odroczeniem na minimum 6 miesięcy. Po tym czasie miał możliwość kolejnej próby. Skorzystał. Jest zdecydowany zostać Legionistą, i prawdopodobnie tym razem mu sie uda. Za dwa dni sie to okaże, lecz już mu mówiono, że ma 95 procent szans.
- Od dziecka interesowałem się wojskiem - mówi S. - w Polsce skończyłem liceum o profilu wojskowym, potem służylem w wojsku przez 1,5 roku. Ale szans na karierę w polskiej armii dla siebie nie widziałem. Spróbowałem w Legii, ale z braku miejsc dostałem odroczkę. Wróciłem do Polski, w Warszawie znalazłem pracę w firmie. 3 tysiące złotych na rękę, samochód i komórka gratis. Nie było źle. Niejeden rodak by pozazdrościł, co? Ale to nie było to, co chcę w życiu robić. Wziąłem urlop, przyjechałem spróbować jeszcze raz w Aubagne. Mam nadzieję, że w tym tygodniu sie rozstrzygnie czy mnie biorą, czy nie, bo mi się niedługo urlop w Polsce kończy. Czego szukam w Legii? Na pewno nie pieniędzy. W Legii pieniędzy nie ma. Po prostu odpowiada mi styl życia, jaki Legia oferuje. Siła Legii nie leży w tym, że ma świetny sprzęt i szkolenia, a w twardości żolnierzy. W tym, że legioniście każą przejść 600 kilometrów, i on przejdzie, i na końcu wejdzie do walki tak pełen sił i zapału, jakby dopiero co wrócił z urlopu. To mi sie właśnie podoba. To chcę robić. I chcę szybko awansować.
A., 24-latek o sympatycznej twarzy i specyficznej mowie - "kurwa" to co drugie jego słowo.
- Mój brat jest w Legii od 9 lat. Na początku był komandosem w 2REP, ale teraz to już zupełnie co innego - awansował, mieszka poza jednostką, ma żonę i dziecko. Nie jest już w "Combacie" (jednostce bojowej), tylko w ekipie od spraw technicznych, taki mechanik. Dla niego Legia to jak normalna praca, idzie o 8:00, wraca o 16:00 na obiad do domu. Żadne tam Rambo ani nic takiego. A ja? Ze mną to jakby tradycja rodzinna. Chcę trafić do "Combatu", zrobić tu karierę. A potem to się zobaczy.

H., na oko miłośnik sportów siłowych, 100 kilo wagi, jest tu od tygodnia, ale już ma dość. Zaciągnął się trochę przypadkiem, po drodze gdy wracał z wakacji w Hiszpanii. Znalazł punkt werbunkowy w Marsylii. Z budki telefonicznej naprzeciwko zadzwonił do Polski, i pożegnał się z dziewczyną.

- Jak to baba, płakała - mówi z uśmiechem, mieszając widelcem frytki z sosem - ale się zdziwi, jak za tydzień wrócę do domu.

- Dlaczego chcesz wrócić?

- A co to za Legia? Jak się zaciągałem, to myślałem, że będzie ostre szkolenie wojskowe, szkolenie do tajnych misji, tak sobie to wyobrażałem. Tymczasem od tygodnia zapieprzam z miotłą na lewo i prawo. Albo myję okna. Zadanie na dzień - zamieść pięć kilometrów korytarzy, wymyć pięć kilometrów kwadratowych okien! Wczoraj pracowałem w Marsylii, tam jest teren Legii koło plaży. Patrzę, idzie trzech kolesi na plażę: deski surfingowe, radio ze sobą, muzyka gra. A ja za płotem kolczastym, w tej popieprzonej koszulce z flagą francuską, motyką przekopuje ziemię. Taka to Legia. Dzięki, wolę być jak ci kolesie z deskami.

- Nie rozumiesz, że jesteś dopiero na selekcji? - tłumaczy mu M., Polak z drugiej strony stołu - w Castel będziesz miał szkolenie, tam się dopiero zaczyna Legia. To tutaj to zabawa, żeby odpadli ci, co tu przyjechali, bo się naogladali filmów albo plotek nasłuchali.

- Mi się od tej zabawy już pęcherze porobiły - narzeka H. - co to, nie ma sprzątaczek w mieście?! Nie tak to sobie wyobrażałem. Nawet siłowni tu nie ma. Za trzy dni zgłaszam się do cywila. Muszę zostać te trzy dni, żeby zarobić na bilet do Polski. Kupiłem tylko w jedną stronę. W chuj z taką Legią. Wracam do kraju. Może do GROM-u mnie przyjmą?

H. może wrócić do Polski. D. takiej szansy nie ma, dla niego Legia to jedyna droga.

- W Polsce mnie ścigają. Za co nie powiem, bo i po co? Tyle tylko, że jakby mnie dorwali, to nie dostałbym mniej jak 7 lat. Kumpli wyłapali, ja zdąrzyłem wyjechać za granicę. Powiedzmy, że trochę zbłądziłem. Ale teraz to naprostuję, w Legii zacznę życie od nowa. Innej możliwości nie ma. Oczywiście o powodach mojego pospiesznego wyjazdu z Polski nic w Legii nie powiedziałem. Od razu by mnie wykopsali.
Ja sam poznałem drugą strone medalu, robiąc krotki wywiad z L.E. (L.E., bo zamiast paska z imieniem, miał na mundurze pasek z napisem "Legion Etrangere"). Ochotnicy nazywaja jego specjalizację dobitniej i krócej - po prostu Gestapo. Zadanie sierżanta wywiadu wojskowego Legii to przesłuchiwanie nowowstepujących, aby wyłapać spośród nich kryminalistów, szaleńców i mitomanów.

- Do Legii trafiają bardzo różni ludzie - powiedział LE - co więcej, Legia to lep na wszelkiego autoramentu dziwaków i szajbusów, zagubionych chłopaczków, i tak dalej. Większość z nich ma dosyć chmm... Mylne wyobrażenia. Jedni myślą, że Legia to kupa forsy i leżenie do góry brzuchem. Inni - że życie tutaj to film akcji. Francuskojęzyczni zawsze najbardziej pomyleni. Ale i wsród Polaków trafiają się niezłe egzemplarze. W zeszłym tygodniu przysłali mi jednego na przesłuchanie. Pytam - po co do Legii? On na to - bo chcę zabijać ludzi. Podziękowałem mu za rozmowę. Nie potrzeba nam psychopatów. By dostać się do Legii najważniejsza jest motywacja. Z tymi, co wstąpili, a potem im się nie podoba, zawsze jest najwięcej kłopotu. Trzeba wiedzieć, czego się chce. Każdy ochotnik musi mnie przekonać, że wie, czego tu szuka.

- A ty, jesteś zadowolony ze służby?

Śmiech. I nagłe spoważnienie.

- Z perspektywy czasu, żałuję, że się zaciagnąłem. Ale to były inne czasy. Teraz czasy sie zmieniły, ale już za późno, by zmienić zawód. Trzeba dalej w tym brnąć.
Na początku lat 90. Polacy byli najliczniejszą grupą narodową, spośród wstępujących do Legii Cudzoziemskiej. Z czasem jednak proporcje się zmieniły. Dziś niewielu Polaków ciągnie do Legii. Przodują młodzi mieszkańcy WNP, dla których zarobki we francuskim wojsku to realna bajka.

Polacy w Legii słyną z talentów bojowych równie mocno, jak z talentów pijackich. Narzekają też na to, że ci, którzy się wybili i dorobili awansów, nie wspomagają rodaków.

 

 

PRZEJŚĆ PRZEZ PIEKŁO:


W Aubagne niecodzienne wydarzenie. Po czterech miesiącach szkolenia wrócili ci, którzy przeszli Castel. Teraz nie są już "angages volontaires", a pełnoprawnymi Legionistami.

Castel, czyli najstraszliwsze piekło. Tuż za sobą mają prawdopodobnie najcięższe 16 tygodni ich życia. Morderczych treningów, głodu, zmęczenia, bestialskiego nieraz traktowania przez podoficerów. Niektórzy ich koledzy zostali wyrzuceni w trakcie "szkoły" bo ich organizmy lub psychika nie wytrzymały warunków. Teraz, po Castel i egzaminach, przyjeżdżają z powrotem do Aubagne na krótki odpoczynek. Za kilka dni rozjadą się do regimentów, w których zaczną swoje wojskowe kariery. Formalnie jest zakaz rozmów między nimi, a ochotnikami w czarnych koszulkach, lecz kapral przymyka oczy. Niech młodzi wiedzą, co to jest Legia. I słabi niech sie wycofają, puki jeszcze mogą.

A., Polak z okolic Krakowa. Średniego wzrostu, dobrze zbudowany, na twarzy radosny uśmiech.

- Udało się - mówi - Jestem Legionistą. Mam opowiedzieć jak to zrobiłem? Przyjechałem tu 5 miesięcy temu z czterema kumplami z podwórka. To było tak: Kumple pili przed wyjazdem, ja do nich dołączyłem, to była pożegnalna impreza. Ja nie myślałem o żadnej Legii, w polskim wojsku wystarczająco dostałem w dupę. Po pięciu piwach jednak postanowiłem jechać z kumplami. Poszedłem do domu po pieniądze na bilet i powiedziałem rodzicom, że wyjeżdżam na kilka dni. Przedtem służyłem w Polsce w "czerwonych beretach". Może dzięki temu się dostałem. Wszyscy kumple odpadli w przedbiegach, ja sie dostałem. Jak mnie wyczytali na "rouge", wcale się nie cieszyłem. Nie podobało mi się tu. Za dużo zamiatania, za mało wojska. Poszedłem do sierścia-Polaka (sierżanta), i mówię: "Gdzie mam iść, żeby się wypisać, starczy mi już tej szopki". On mi odpowiedział: "co, szmata i miotła ci się nie podobą? Nie pękaj, już się zakwalifikowałeś, w Castel będzie prawdziwe wojsko". Więc zostałem, żeby zobaczyć to prawdziwe wojsko. Sierściu nie kłamał.


Czy w Castel było ciężko? Tam to nie przelewki. Ale nie powiem, żeby było ciężej, jak w "desancie" w Polsce. Raczej tak samo. Ja już to przechodziłem, więc nie było mi trudno się przestawić. Ale inni goście miękli. Niektórzy dezerterowali, ale prawie zawsze ich wyłapywali. Gdzie tam uciekniesz? "Farma" (obóz treningowy dla początkujących legionistów) jest w górach, wkoło pustkowie, długie kilometry do najbliższej drogi. Najbliższe miasteczko, Castelnaudary ma stację kolejową, ale co z tego - policja w miasteczku jest wyczulona na ogolonych na zero łebków w wojskowych spodniach i koszulkach. Łapią i przekazują żandarmerii. Jednego znałem cwaniaka, co zwiał. W mundurze, koszulce z napisem "Legion Etrangere 4 Regiment" i buciorach wojskowych. I poszedł pod drutami w cholerę w nocy. Nie złapali go. Do dziś się zastanawiam, jak to zrobił.

- Jak byli karani złapani dezerterzy?

- O, to ciężka sprawa zwiać z "farmy". Gdy sie zgłasza, że ktoś zniknął, zaraz jest alarm, połowa podoficerów idzie do pościgu. Są nieźle wkurwieni. Jak złapią delikwenta, to najpierw taki wpierdol, że zapominasz, kim jesteś. Potem 40 dni "aresztu". Spanie na ziemi, na betonie, pilnują cię uzbrojeni wartownicy - dawni koledzy z sekcji, wykańczająca robota cały dzień, i ciągle ich kaprale tłuką. Dla przykładu, żeby reszcie nie przychodziły do głowy głupie pomysły. A po 40 dniach wywałka z Legii.

- Były zwolnienia z innych powodów?

- Część wyleciała za sprawy zdrowotne. Kolana wysiadały im od biegów i marszów, u jednego ujawniła się astma. Też za to zwalniają, ale swoje jeszcze pechowcy zdążą wycierpieć. Pamiętam jedną sprawę: Poranny bieg na 8 kilometrów. Po kawałku drogi jeden Słowak zostawał w tyle, w końcu się przewrócił trzymając za kolano. Prosił o lekarza. Sierżant na to - "Wstawaj, daunie, biegnij, masz problem z głową nie z kolanem!". Ten nie wstaje, to podbiegł do niego kapral, i mu trzasnął w łeb i dał kopa na zachętę. Nie pomogło, Słowak dalej krzyczy, to zaczęli go kopać porządnie, za uszy podnieśli do pionu, i na kopach dokończył te 8 kilometrów. Jak wróciliśmy na "farmę", Słowak padł nieprzytomny, przyszedł lekarz. Zbadał, okazało się, że Słowak ma całe kolano od środka pogruchotane.

-"Farma" trwa miesiąc, potem jest marsz białego kepi, i 3 miesiące normalnego szkolenia. Na szkoleniu traktowanie jest lepsze, tak samo warunki. Czasem nawet da sie wyjść na miasto, tyle, że pod "opieką" podoficera. Pod koniec "Castel" była nawet sprawa, że kolesie z jednej sekcji w porozumieniu z nocnym oficerem dyżurnym załatwili sobie dziwki. Oficerowi postawili "numer", żeby się zgodził. Rżnęli je potem pod prysznicami.

- Na końcu Castel były egzaminy. Z biegania, strzelania, wiedzy wojskowej, i najgorszy, z francuskiego. Niby na "farmie" mieliśmy się nauczyć języka, ale to czysta teoria z tą nauką. Na tych lekcjach prawie wszyscy odsypiają zarwane noce, a ci, co nie śpią, to i tak ze zmęczenia we łbach im sie kotłuje, i nic nie zapamiętują. Po tym całym Castel rozumiem najpotrzebniejsze zwroty i rozkazy, nic więcej. Szkolenie bojowe - też nic specjalnego.

Te Famasy (Famas - karabinek szturmowy, używany w armii francuskiej) to niezły badziew. Jak był nocny bieg, to w jego trakcie bywało, że połowa części z broni odpadała. A czasem jak strzelasz, to przy strzale ci magazynek wypada, bo spreżynę taką Francuzi wymyślili. Podobno teraz, na regimencie, mamy dostać mniej wysłużoną broń, ale zobaczymy, jak to będzie. Mi egzaminy poszły dobrze. Piąte miejsce. Świetnie, bo ci z pierwszej "dziesiątki" mogą wybrać sobie regiment. No, najgorsze już za mną, teraz będzie z górki. Dostaliśmy wypłatę za całe Castel, dziś dzwonię do rodziny, do Polski.

A. Sprawia wrażenie szczęśliwego. Właściwie, to u żadnych ludzi nie widzialem takiej radości w oczach, jak u tych, którzy właśnie wrócili z "Castel".

[wg. opowieści "Bańki"]

 

DZIEDZICTWO GENERAŁA ROLLETA:


Wczesne popołudnie. Główne wydarzenie tego dnia w Vienot to skromne świętowanie. Każda jednak grupa Legionistów fetuje w różnych warunkach.

Na najniższym poziomie jadalni mieści się kantyna. Pogrążone w półmroku pomieszczenie, przypominające wystrojem brytyjski pub. Tu spędzają wolny czas szeregowi legioniści oraz kaprale. Barmanem jest Haitańczyk, były legionista, któremu kontuzja podczas treningu zamknęła drogę do dalszej kariery. Z uśmiechem serwuje gościom coraz to kolejne kufle piwa.
Powietrze jest sine od dymu papierosowego. Niektórzy mają już nieźle w czubie. Jakiś kapral siedzący przy barze wykrzykuje zachrypnietym głosem do barmana, ile poświęcenia kosztowało go ukończenie kursu bojowego "Commando Guyane". Macha przy tym rękami, chcąc uczynić swą opowieść bardziej sugestywną.

Trzask! - Kufel pełen piwa rozbija się na podłodze, potrącony nieostrożnym ruchem kaprala. Ten nie przejąwszy się zbytnio, kontynuuje przemowę. Barman woła jednego z angages volontaires, żeby posprzątał. Chłopak podbiega ze szmatą, i pospiesznie wykonuje rozkaz.
- Jeszcze zobaczysz sam, co to znaczy "Commando Guyane"! - krzyczy zachrypnietym głosem do ochotnika pijany kapral. Chłopak kręci bezradnie glową. Nie zna francuskiego.
Kilkaset metrów dalej, na świeżym powietrzu, odbywa się oficerska feta. Jest trochę kaprali-szefów, sierżantów, lecz wiekszość zaproszonych to Francuzi - oficerowie. Z nimi - żony. Dzieci bawią się na trawie w pobliżu. Na stołach wyszukane dania, butelki wina z winnic capitain Danjue.
Tutaj feta to pełna kultura. Mundury paradne z połyskującymi na piersi medalami, białe lub czarne kepi (przysługujące po 15 latach służby), spokojne towarzyskie rozmowy. Na temat służby, awansów, rodziny, pogody...
Elegancki trzypietrowy pałacyk, wykończony kremowego koloru tynkiem. Przestronny hall z szerokimi schodami wyłożonymi szkarłatnym dywanem. Ten budynek to kwatera wyższych oficerów.
Szykowny wystrój, 5-metrowe kondygnacje, wypolerowane marmury na których cieżko byłoby znaleźć choćby pyłek.

Ochotnicy, regularnie dostający rozkaz wysprzątania pałacyku nie zwracają wielkiej uwagi na poteżny obraz olejny, wiszący naprzeciw wejścia, oprawiony w złoconą ramę.
Z obrazu spogląda posępnie brodaty starzec w mundurze z dawnych czasów. Bluzę munduru pokrywają dziesiątki medali i odznaczeń.


Ten stary mężczyzna to legenda Legii i jej długoletni głównodowodzący - generał Rollet. Dzisiejszym legionistom obce są jego czasy, czasy Legii z lat 20. czy 30., czasy wielodniowych marszów po Saharze i ciagłych walk z Arabami, epoka francuskich kolonii na Madagaskarze, w Kongu, Indochinach i Syrii. Czasy uwiecznione na czarno-białych filmach przygodowych z okresu miedzywojennego.


W latach wojen saharyjskich decyzja wstąpienia do Legii była wyjściem dla najbardziej zdesperowanych. Kryminalistów, samobójców, szaleńców, i przymierających głodem imigrantów - uchodźców z rewolucji i niepokojów ówczesnej Europy. Niewielu z nich udawało sie przeżyć 5-letni kontrakt. Żołd wystarczal na pijaństwo i prostytutki, na nic więcej. Rzeczywistość życia w pustynnych fortach, bitew przeciw całym hordom wojowników pustyni, brak wody i palące afrykańskie słońce to było życie ówczesnego legionisty. Kończyło się zazwyczaj tragicznie - od kuli lub zakrzywionego arabskiego noża, odwodnienia podczas straszliwych marszów, od chorób wenerycznych lub malarii w zawszonych lazaretach - umieralniach, od zapicia na śmierć lub w wyniku obrażeń odniesionych w knajpianych bójkach. Za dezercję groziła kolonia karna, z której nikt nie wracal żywy. Wtedy narodziła się legenda Legii - najtwardszej armii świata.

Wtedy nie było długotrwałej selekcji, egzaminów, ani przesłuchań. Przyjmowano każdego, kto tylko chciał się zaciągnąć. Maroko, Algieria, Indochiny, Czarna Afryka - tam zostały do dziś kości dziesiątek tysięcy poległych za Francję cudzoziemców.

W imię czego ginęli? Na pewno nie dla skromnego żołdu. Także na pewno nie w imię miłości do Republiki.

"Jesteś ochotnikiem, służącym Francji z honorem i wiernością." Czy pierwszy punkt kodeksu honorowego legionisty daje odpowiedź na to pytanie? Dla ludzi, chcących podporządkować swe życie jakiemuś celowi, poświęcić się czemuś, którym cały świat oprócz Legii powiedział, że są niepotrzebni - to jedno zdanie wyjaśnia wszystko. I nie wymaga uzasadnienia.

 

 

BEAUX TRAVAILLE:


Lecz po dawnych czasach pozostały już tylko pamiątki w muzeum Legii, obrazy na ścianach koszar, i niektóre tradycje, takie jak rocznica bitwy pod Cameron. Dzisiejsza Legia przekształcila się nie do poznania. Składa się z 8000 żołnierzy i oficerów. Oddziały Legii należą do francuskich Sił Szybkiego Reagowania, i są zawsze pierwszą francuską formacją wysyłaną w rejon działań wojennych.

Najbardziej osławionym regimentem jest elitarny 2-REP, Drugi Regiment Cudzoziemski Spadochroniarzy, stacjonujący na Korsyce. 2-REP to elita Legii. Ustawicznie szkoleni komandosi, gotowi w każdej chwili na alarm bojowy, i przerzucenie ich w dowolne miejsce na świecie. Spadochroniarze dostają o 30 procent wyższy żołd, oraz wysokie premie za przebywanie w strefach walk.


Dziś większość pułków Legii Cudzoziemskiej stacjonuje we Francji. Można trafić do saperów (6REG), piechoty szturmowej porównywalnej z 2-REP ale nie tak znanej (2REI), zostać czołgistą (1REC), czy też szkolić rekrutów w 4RE w Castelnaudary. Zazwyczaj co 2-3 lata przydział jest zmieniany.

Wyjazd do pułku zamorskiego wiąże się z wyższymi zarobkami, lepszymi rozrywkami, i często - przygodą (lub jak kto woli - ryzykiem). Afrykańskie Dżibuti to jeden z najbardziej porządanych przydziałów. Mało kto za to cieszy się z wyjazdu do Gujany Francuskiej. Upiorny klimat parnej dżungli, trudna służba, i ostra dyscyplina sprawiają, że przydział do Gujany wydaje się niczym zesłanie. "Wypoczynkową" opinię ma za to oddział na Majotte, wyspie na Oceanie Indyjskim. Niedawno zlikwidowano 5-RE, pułk zabezpieczający francuskie instalacje atomowe na wyspach Pacyfiku.

Francja wysyła legionistów na misje w ramach NATO. Ponadto Legia reaguje w razie potrzeby w strefach wpływów polityki Francji (głównie w krajach Afryki w razie zamachów stanu czy innych niepokojów politycznych). Na misje trafiają zwykle Legioniści z 2-REP i 2-REI. W latach 90. Legia interweniowała podczas wojen w Jugosławii, Somalii, Czadzie, Zairze, Kambodży i Rwandzie. Legioniści uczestniczyli też w operacji "Pustynna Burza". Teraz są w Afganistanie.

Dzisiejszy Legionista to nie mięso armatnie. Francja wkłada w jego wyszkolenie i wyposarzenie mnóstwo pieniędzy. Pieniądze te to inwestycja. Formacja nie chce ich stracić. Legioniści są ubezpieczeni, zapewnia im się pomoc medyczną.

Wielu starszych żołnierzy narzeka, że ostatnie lata znacznie "zmiękczyły" Legię. Że znika solidarność między żolnierzami, drastycznie spada jakość wyszkolenia, że przydałaby się jakaś większa wojna, żeby "rozruszać ludzi".

Codzienność życia Legionisty to cieżkie treningi, wieczorne wypady do knajp i domów publicznych, monotonne prace porządkowe w koszarach, twarda dyscyplina i nierzadko - rozczarowanie. Dezercje podczas serwisu nie sa niczym niezwykłym. To, czy ktoś odnajdzie w Legii swoją życiową drogę zależy nie tylko od predyspozycji psycho-fizycznych, ale i od szczęścia. Film "Beaux Travaille" krążący po sieci internetowej pokazuje tylko jedną twarz formacji.



WSPÓLNOTA DUSZ:

 

Po 5 latach w Legii żołnierz może przedłużyć swój kontrakt. Zazwyczaj ma już stopień kaprala, lub kaprala-szefa, być może nawet sierżanta. Ma też duże możliwości. Przełożeni kuszą i obiecują awans, wyjazd do Dżibuti (najwyższy żołd w Legii), ciekawe stanowiska.

Przeszedłes 5 lat, wytrzymaj jeszcze tylko 3 i dostaniesz 40 tysiecy euro odprawy. A potem... Jesteś już za półmetkiem, dociągnij do emerytury.
Nieliczni są ci, którzy poświęcają Legii całe życie, którzy zdecydowani są zrobić w niej dużą karierę. Większość poprzestaje na 5-letnim serwisie. Wybierają wolność, której dobrowolnie pozbyli się podpisując kontrakt.

Na wolności czeka ich szok. Wychodzący z Legii są jak dzieci w krainie dorosłych. Trzeba przystosować się do życia w społeczeństwie, które jest im obce. W Legii wszystko jest proste. Dostaje sie jeść, dostaje się miejsce do spania, wykonuje się rozkazy, robi, co każą. Nic więcej. Życie w koszarach zwalnia z odpowiedzialności za własny los. A tu, w cywilu, o wszystko trzeba samemu zadbać, zdobyć. Nikt nie wychodzi z Legii z majątkiem. Zwykle jest to nieduża suma.
Gdzie są więc zarobione pieniądze, skoro żołd szeregowca wynosi ponad tysiac euro na miesiąc, a jedzenie i mieszkanie jest gratis? Odpowiedź jest prosta. Bedąc w Legii nie myśli się o przyszłości, a trudy służby odreagowuje, bawiąc na całego w knajpach i burdelach. Legioniści nie szczypią się z pieniędzmi. Szastają nimi, puki je mają. W cywilu nie da sie tak żyć.

Jedni wracają do swoich krajów, inni rozpoczynają życie emigranta we Francji. Wszyscy wspominają Legię. Nie zapomną nigdy o tym epizodzie, ktory niósł tyle dumy, ale i złości, przygody, ale i monotonii. Epizod, który tak bardzo ich zmienił.


Dom weterana Domaine Danjou, koło Paloubier. Bardzo specyficzny dom starców. Akurat jest pora posiłku. Starsi panowie przy stolikach, dostali właśnie śniadanie. Jeden mówi coś przed siebie, jakby komuś cos tłumaczył. Jedyne, co dziwi, to to, że siedzi zupełnie sam przy stoliku.


Po drugiej stronie sali wybucha znienacka głośna awantura. Dwaj panowie w zaawansowanym wieku emerytalnym obrzucają się najgorszymi francusko-arabsko-słowiańskimi wyzwiskami, a gdy to nie wystarcza, sięgają po widelce, i rozpoczynają zabawną szermierkę. Po kilku starciach z uśmiechem odkładają oręż, i kontynuują jedzenie. To byla tylko gra, niewinna zabawa starców o duszach chłopców.

Domaine Danjou - tu spędzają ostatnie lata życia Legioniści, którzy są schorowani, nie mają domów, rodzin, ani pieniędzy. Wielu tak dawno opuściło swoje ojczyzny, że nie czują z nimi żadnej więzi. Dla nich rzeczywiście Legia stała się ojczyzną.

Weterani mają zapewnione utrzymanie, w zamian wykonują prace przy produkcji wina lub wyrobie pamiątek.

Prawie każdy ochotnik "zalicza" dzień lub kilka pracy w osrodku w Paloubier. Serwuje jedzenie, pomaga weteranom w pracy. Jeśli ma trochę szczęścia i zna francuski, być może uda mu się z nimi porozmawiać. Usłyszeć coś o dawnych wojnach Legii, o dumie i honorze, które nie są tu, jak w reszcie świata, zapomnianym archaizmem. O przegranej bitwie pod Dien Bien Phu, która kosztowała życie 10.000 legionistów, o śniadych tancerkach z algierskich barów, i o straszliwym, roztapiającym rozsądek słońcu Afryki.

Być może niektórzy z nich za kilkadziesiąt lat sami będą siedzieć przy tych stolikach w towarzystwie innych weteranów. Wierzyć, że najwiekszą świętością jest białe kepi, zasłużone 3-dniowym, morderczym marszem przez Pireneje, a niczego nie da się porównać z uczuciem, które wypełnia Legionistę, maszerujacego w defiladzie przez Pola Elizejskie w święto zburzenia bastylii, gdy orkistra gra wojskowego marsza, a mieszkańcy Paryża patrzą z respektem i wiwatują. I że żadne towarzystwo nie jest tak dobre do zabawy, jak towarzystwo kolegów z regimentu, i nieważne, czy bedą to obchody święta Cameron w Etat Mayor, czy pijaństwo w brudnym, dżibutyjskim burdelu. Gdy ich poderwie ten podniosły nastrój, będą czuli się w 100 procentach częścią tej wielkiej rodziny.


Być może właśnie tego poczucia bycia we wspólnocie szukali dawno temu, porzucając swoje korzenie i spokojne zycie, aby stać sie częścią Francuskiej Legii Cudzoziemskiej.

 


Łukasz Czeszumski

 

CZYTAJ TEŻ:

LEGIONISTA - KSIĄŻKA

NAJEMNICY W IRAKU

KOSZMAR ODDZIAŁU NAJEMNIKÓW W ANGOLI

WOJNY NARKOTYKOWE W AMERYCE POŁUDNIOWEJ

 


Reportaż ten był publikowany przez magzyn Komandos (numery 3 i 4 z roku 2003)

 

 

CZESZUMSKI.COM - Lukasz Czeszumski Portfolio Reportera. Wszelkie prawa zastrzeżone.